czwartek, 21 listopada 2013

Tuż tuż







Święta coraz bliżej. W kalendarzu ciągle listopad, ale powoli zaczynam czuć ich atmosferę. W zeszłym roku nie czułam w ogóle. Może dlatego, że siedziałam w domu z malutkim dzieckiem i nie oglądałam tak jak teraz wystaw sklepowych już przygotowanych na święta.
Uwielbiam Boże Narodzenie!
Wspomnienia z dzieciństwa mam miłe. Wigilia najpierw w czwórkę (rodzice, siostra i ja). Potem u jednej babci, a potem u drugiej. I u tej drugiej zawsze było najfajniej:) Cała rodzina, pyszności na stole, zapach kapusty z grzybami, święty mikołaj i prezenty, wierszyki, kolędy...Chciałabym, żeby mój syn też miał tylko dobre wspomnienia świąteczne.
Wiem też, że jak pójdzie do przedszkola i do szkoły, to atmosferę będę czuć jeszcze mocniej, bo pamiętam jak to było u mnie. 
Odkąd Wigilię spędzam też u teściów atmosferę czuję trochę mniej. A to dlatego, że dla nich Święta to nic szczególnego. Zwykły dłuższy weekend, i w dodatku tylko się człowiek nudzi, bo w TV nic ciekawego nie ma...Kolacja wigilijna to zwykła kolacja, w nieco bardziej odświętnych ale jednak zwykłych strojach, w dodatku z alkoholem na stole, czego ja osobiście bardzo bardzo nie znoszę. Całe szczęście, że mój mąż wtedy nie pije.

 
 
Wiecie marzą mi się wspólne święta- tylko nasza trójka, w naszym domu. Oczywiście domu odpowiednio przygotowanym na święta (akurat w tej kwestii jestem zwolenniczką światełek, choinek, mikołajów itp itd:)). Oczyma wyobraźni widzę nas przy choince wcinających sernik, a potem na spacerze rzucających się śnieżkami (to jedyny czas, kiedy uwielbiam jak jest biało za oknem:)). Myślę, że to czy w święta leniwie nudzimy się czy fajnie spędzamy czas, zależy tylko od nas. Ja wiem, że będę ten czas chciała spędzić z mężem i synkiem wspólnie. Nie mam nic przeciwko oglądaniu tv pod warunkiem, że robimy to razem i nie przez cały dzień. 
Wiem jedno- jak tylko będziemy mieć swój dom, to zadbam o to, aby mój syn i mój mąż mieli najlepsze święta pod słońcem:)
A Wy jakie macie wspomnienia świąteczne? Jak zamierzacie spędzić ten wyjątkowy czas?


Nowość w menu

Oto moje ostatnie odkrycie:
Płatki śniadaniowe Chrupkie krążki miodowe  

Płatki śniadaniowe BoboVita. Nie pamiętam jaka jest cena (chyba coś ok. 10 zł). Są jeszcze w dwóch innych smakach. Ja dla Kuby wybrałam akurat miodowe krążki. Kuba się nimi zajada:) Pierwszy raz zrobiłam mu na mleku modyfikowanym, ale jak zmiękły, to nie za bardzo chciał je jeść. Za to same, do pochrupania są idealne.
Polecam!

środa, 20 listopada 2013

Czy to już obsesja???

Odkąd wróciłam do pracy i tak mam na tę czynność mniej czasu. Może to i lepiej, bo w domu nazywają mnie już maniakiem...Chodzi o sprzątanie. 
Generalnie nie mam problemu z tym, żeby to robić. Może nie jest to moje ulubione zajęcie, ale ponieważ lubię jak w domu jest czysto, to staram się to robić na bieżąco. 
Jak jeszcze nie pracowałam, to były tygodnie, że odkurzałam praktycznie codziennie (oprócz niedzieli i piątków, bo w soboty zawsze robię "większe" porządki) albo co drugi dzień. Teraz odkurzam raz, max. dwa razy w tygodniu i mówią mi, że mam obsesję. 
A co w tym złego, że nie lubię siadać na podłodze pełnej okruchów i śmieci podczas zabawy z dzieckiem? Że dbam o to, aby mój syn nie miał czego zjadać z podłogi (każdy okruszek wypatrzy i do buzi)? 
Gdybym miała prawdziwą obsesję biegałabym z odkurzaczem od 5 rano albo trzy razy dziennie:) Po prostu lubię mieć "ogarnięte". A że mieszkam w starym domu teściów, w którym na podłogach zamiast płytek jest wykładzina, a w pokojach dywan na całą podłogę, to czystość jest trudniej utrzymać. Nie da się zamieść szczotką i przeciągnąć mopem w całym domu. Trzeba wyciągać odkurzacz.

Mój mąż tego nie rozumie, a jego teksty w stylu "pasją mojej żony jest odkurzanie" czasami mnie dobijają. Bo gdybym tego w ogóle nie robiła, to przekonałby się sam, że jednak lepiej mieć taką pasję niż nie mieć:)

Czasami mam taką ochotę się zbuntować! Najbardziej mnie wkurza jak posprzątam, a przyjadą dzieciaki brata mojego męża i wpakują się w brudnych buciorach prosto na świeżo umytą podłogę.....Szlag mnie trafia, bo to brak szacunku dla czyjejś pracy...Jaki to problem zdjąć buty przed wejściem do domu??? dla mnie żaden.
A już mężczyźni w mojej rodzinie kompletnie nie doceniają, że mają czysto, posprzątane, uprane, uprasowane. Najlepiej byłoby zostawić ich na tydzień samych....
Mam wrażenie, że oni nie zdają sobie sprawy, ile czasu i energii pochłaniają prace domowe?  Że jest ich naprawdę dużo. Zwłaszcza jak się pracuje 8 godzin dziennie, dojeżdża do pracy po 50 km w jedną stronę i ma malutkie dziecko...Najlepiej jest usiąść przed komputerem, bo przecież tylko mężowie mają prawo do zmęczenia...

ufff- chyba już mi lżej. Wyżaliłam się w końcu:)

Przepraszam jeśli będzie to czytał jakiś mężczyzna, który pomaga swojej żonie we wszystkim, albo kobieta, która ma w domu taki pomagający skarb. Ja na swojego męża narzekam tylko pod tymi względami. Owszem jak go poproszę, to pomoże, ale czy czasami nie mógłby zrobić czegoś sam z siebie...

poniedziałek, 18 listopada 2013

Jak sobie radzić z małym złośnikiem

Od pewnego czasu nasz mały synek jest naszym małym złośnikiem. Wszystko chce dotknąć, zobaczyć, wszędzie wchodzi. Najfajniej jest zawsze tam, gdzie jest mało miejsca, ciasno albo wysoko. Ostatnio próbuje już wspinać się na łóżko i myślę, że za tydzień, dwa już się nauczy. Najgorzej, że wspina się na paluszkach i do wszystkiego sięga. Powoli w domu uczymy się, żeby niebezpieczne rzeczy stawiać na stole bądź regale jak najdalej odsunięte od brzegu, ale zdarza się zapomnieć i tak np. wczoraj Kuba oparzył się gorącą, wyjętą prosto z piekarnika blachą....Płaczu było 2 minuty, został mały ślad, ale dziecko niestety się nie nauczyło na błędach i nadal podchodzi do piekarnika i kuchenki gazowej. Tłumaczenia nie pomagają, zabranianie kończy się piskiem i krzykiem, a często też płaczem. Każde nasze powiedzenie "nie wolno", tłumaczenie konsekwencji nie działa!!! Kuba sam musi się przekonać o skutkach swoich działań, często niefajnych, a i tak będzie swoje zachowania powtarzał.
Zabraniamy mu podchodzić do kuchenki, to on i tak podejdzie, będzie przy niej majstrował i czekał aż ktoś podejdzie, powie nie wolno- to najlepszy moment, żeby uciec z wielkim uśmiechem na twarzy:)
Owszem może to i jest zabawne, ale jak kuchenka jest pusta i nic się nie gotuje.....
Kiedyś już próbowaliśmy metodą "rób sobie, nie zwracamy na to uwagi, ale kątem oka kontrolujemy". Wtedy faktycznie bardziej działało, bo Kuba widząc, że nas nie interesuje co on robi, odchodził i zajmował się czymś innym. Ale nie w każdej sytuacji można tak robić, choćby przy wspomnianym gotowaniu. Nie będę czekać, aż Mały się poparzy albo ściągnie na siebie gorący garnek....
Rośnie nam mały złośnik...Jeśli mu coś zabierzemy, nie pozwolimy, to tupie nóżkami, złości się i płacze....
Czy to chwilowe? Czy już mu tłumaczyć i oduczać? Czy większość dzieci przechodzi przez taki etap swoistego buntu?

piątek, 15 listopada 2013

Żywienie roczniaka

Im więcej czytam, tym głupsza jestem... Część specjalistów uważa, że po ukończeniu roku dziecko powinno jeść to, co dorośli tylko inaczej przygotowane- czyli niesmażone, jak najmniej soli, potraw wysoko-przetworzonych i generalnie tego, co nazywamy brzydko pisząc "syfem".
Inni uważają, że skoro nas karmiono tak jak dorosłych i żyjemy, to powinniśmy karmić tak nasze dzieci.
W jednym z artykułów przeczytałam takie zdanie:
Stosowanie u ponad rocznego dziecka diety typowo niemowlęcej też nie jest dobrym rozwiązaniem. Dziecko musi stopniowo i powoli stawać się naszym współbiesiadnikiem - przekonuje dietetyk.

No i teraz bądź mądry człowieku...
Póki co nasz syn jada nadal obiadki gotowe ze słoiczków. Ale oczywiście nie obejdzie się bez próbowania naszego jedzenia. Co prawda ja raczej jestem z tych, co chcą wprowadzać "dorosłe" jedzenie jak najpóźniej. Aczkolwiek zaczynam twierdzić, że powoli malutki żołądeczek Kuby trzeba zacząć przyzwyczajać do naszego jedzenia. Owszem- mniej soli, żadnych konserwantów, ale zupę gotować normalnie jak dla nas. Tyle że odłożyć porcję i doprawić mniejszą ilością soli, zabielić na początek mlekiem zamiast śmietaną. 
To chyba będzie najlepszy sposób- stopniowe wprowadzanie dorosłego jedzenia.

U nas w domu jeszcze teściowa nie pozwoli na większe eksperymentowanie z jedzeniem Kuby. Ona ma swoje jakieś prastare zasady i uważa, że są prawdziwe. Np. nie dawać Kubie jeszcze kwaszonych ogórków, bo są kwaśne i źle działają na żołądek. Albo pomidorówki, bo też kwaśna. Placki ziemniaczane są złe nie dlatego, że smaży się na głębokim tłuszczu tylko dlatego, że robi się je z tartych ziemniaków (a tarte podobne są niedobre...). To ostatnie zawsze bardzo mnie bawi:)
Ale już np. jak gotuje zupę na kości, to mięso z kości można, mimo że to wieprzowina i w dodatku sam tłuszcz....
Wiśnie kwaśne to też niedobre. Jabłka antonówki (kroiłam ostatnio na szarlotkę i dawałam Kubie do chrupania) też lepiej nie dawać, bo kwaśne. Nie wiem co ona ma z tym kwaśnym, ale jak coś kwaśne, to już dla małego niedobre. Czasami wkurzają mnie te jej mądrości!!!

A Wy jak karmicie swoje dzieciaczki? Jakie macie podejście do żywienie maluszków?

środa, 13 listopada 2013

Pochorobowo i pourodzinowo

Wyzdrowieliśmy. Kuba miał zapalenie gardła. Masakra...Przez 3 dni non stop marudził, nie chciał spać w łóżeczku tylko na rękach....Każde odłożenie do łóżeczka to natychmiastowa pobudka. W nocy też było różnie. Ale na szczęście mamy to za sobą. Mały dostał antybiotyk i na szczęście po 3 dniach był już sobą- czyli radosny, uśmiechnięty i wszędobylski brzdąc:)
No i jesteśmy po najważniejszej imprezie czyli pierwszych urodzinach.
Goście prawie dopisali (tę kwestię lepiej pominę, bo złość mnie ogarnia!). Kuba zadowolony. Świeczki zdmuchnąć nie potrafił, ale dzielnie pomagał mu starszy braciszek. 
Przez ostatnie dwa tygodnie byłam w pracy przez 1 dzień (najpierw urlop, potem zwolnienie). Kuba tak się przyzwyczaił, że generalnie ciągle było tylko "mama, mama, mama". W nocy płacz-> tata bierze na rączki, przytula, Mały płacze, uspokaja się tylko wtedy jak poczuje, że jest na moich rękach. Każde moje zniknięcie to na początku poszukiwania po całym domu, oczywiście z wołaniem mama, a potem płacz. Ale mądry z niego Maluch, bo wie, że najczęściej znikam w łazience, więc podchodzi i stuka do drzwi:)
Na początku bardzo mnie to cieszyło, że Kuba bez mamy nie może się obyć, ale teraz zaczyna mi to doskwierać, bo naprawdę nie mam chwili dla siebie. I mimo, że mój mąż ma dobre chęci i chce pomóc, to ostatecznie i tak wszystkie marudzenia Młodego kończą się u mnie na rękach. 
A z nowości- Kuba mówi "bam":) i wie, że bam jest wtedy jak on się przewróci albo jak rzuci jakąś rzeczą. Poza tym odkąd wyzdrowiał, to ciągle biega po domu, gada, krzyczy w dla siebie zrozumiałym języku, robi cudaczne miny i jest po prostu przesłodki.
Postaram się na dniach wrzucić jakieś fotki z imprezy urodzinowej.

poniedziałek, 4 listopada 2013

To już w czwartek

W czwartek mój malutki synek stanie się dużym synkiem:) Skończy rok. 
To może małe podsumowanie tego roku:
- w 2. miesiącu życia pierwsze a gu gu,
- 5 miesięcy- początki siadania, pierwsze samodzielne- w 8. miesiącu,
- 5,5 miesiąca pierwsze ząbki- dolne jedynki
- 7 miesięcy- zaczął stawać w łóżeczku,
- 8 miesięcy- zaczął raczkować i wyszły mu cztery górne zęby (jedynki i dwójki),
- 9 miesięcy i tydzień miał Kuba jak postawił pierwsze kroki,
a teraz

- Kubuś uczy się biegać, bo chodzenie ma opanowane do perfekcji, wózek to zło konieczne,
- uwielbia się ganiać uśmiechając się przy tym szeroko i głośno, pokazując dwie dolne jedynki (górne dopiero niedawno urosły na tyle, że je widać przy uśmiechaniu),
- mówi mama, baba, mniam, am, dadadadada, a ostatnio muuuu:)
- uczy się jeść sam- to apropos ostatniego posta. Bierze łyżeczkę, wkłada do miseczki, a potem do buzi:) Ostatnio jak pokroiłam mu jabłko i banana w plasterki takie, żeby mógł sam wziąć w rączkę i zjeść na raz, to był tak bardzo zadowolony, że radości nie było końca:)
- jest "wszystkożerny". Naprawdę. Wszystko mu smakuje- ostatnio sernik i szarlotka najbardziej. Oby tak pozostało.
- lubi bawić się samochodami tylko w nieco niebezpieczny sposób, a mianowicie wkłada je wysoko na stół albo ławę i jeździ od jednego brzegu do drugiego. Niestety samochody są ciężkie i czasami spadają na głowę....Zabranianie i mówienie "nie wolno" nie działają. Chyba pozostaje przeczekać aż mu się znudzi...
 
Poza tym Kuba ma "fazę na mamę". Jak tylko zabraknie mnie na chwilę, to chodzi po całym domu, krzyczy mama i mnie szuka. 
Mam w nim osobistego bodyguarda- wygłupialiśmy się z mężem u nas w pokoju, a jak krzyknęłam "Kuba ratunku". No i zjawił się migiem, odpychając tatę i przytulając się do mnie. 
W nocy jak się budzi na jedzenie, to staje w łóżeczku ( z zamkniętymi oczami!!!) i woła "mamaaaa". 

Generalnie rośniemy (wagi i wzrostu nie znam- mamy kontrolę dopiero pod koniec listopada). Pampersy 4+. Ciuszki na 80, ale w 74 też się mieścimy, tyle że w body rękawy za krótkie, a w spodniach nogawki:)

W weekend robimy imprezę. Oby tylko Kubuś wydobrzał, bo od dwóch dni męczy go kaszel. Na razie sama daję mu syrop, ale jak do jutra nie przejdzie, to jedziemy do lekarza.

To by było na tyle. Trzymajcie kciuki, żeby weekendowa impreza się udała:)