W drugiej połowie września nasz mały synek zaczyna przygodę ze żłobkiem. Na razie tylko na czas naszego urlopu czyli 2 tygodnie, a na stałe pewnie od listopada, ale to nie zmienia faktu, że jak każda mama zaczynam się denerwować: czy będzie płakał, czy będzie grzeczny, czy sobie poradzi z taką zmianą, czy często będzie chorował? Te pytania codziennie przewijają się w mojej głowie.
Z jednej strony wiem, że to dobre rozwiązanie: Kuba za 2 miesiące skończy 2 latka i potrzebuje kontaktu z dziećmi. Z drugiej to przecież jeszcze taki maluszek....a tu nowe otoczenie, nowi ludzie, a za chwilę zupełnie nowy dom - bez babci i dziadka.
Mam nadzieję, że odziedziczył w genach po nas łatwość adaptacji w nowym miejscu i za mamą płakał nie będzie.
Przy tej okazji zaczęłam się zastanawiać co zrobić, żeby chorowania było jak najmniej i po przejrzeniu kilkunastu stron internetowych doszłam do wniosku, że naturalne sposoby będą najlepsze.
Eksperci sugerują przede wszystkim odpowiednie żywienie, dużo spacerów i nieprzegrzewanie.
Ze wszystkim u nas chyba całkiem nieźle - apetyt Kubie dopisuje, je warzywa i owoce, spacerów i przebywania na świeżym powietrzu też ma pod dostatkiem, przegrzewany nie jest.
Pomyślałam jednak, że oprócz suplementowania witaminy D, przydałoby się coś jeszcze i wpadłam na przepis na sok z cebuli - dobry zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych.
Przepis:
- 2-3 duże cebule pokrojone w plasterki
- 1 łyżka stołowa miodu
Cebulę układamy ciasno w słoiku, zalewamy miodem i zamykamy szczelnie słoik. Zostawiamy na dobę, a następnego dnia odciskamy sok i mamy gotowy do picia. Podajemy 2-3 razy dziennie po łyżce.
W niedzielę jak będę miała w końcu wolną chwilę przygotuję i od poniedziałku będziemy pić.
A Wy macie jakieś sprawdzone naturalne sposoby na wzmocnienie odporności Waszej i Waszych maluszków?
czwartek, 28 sierpnia 2014
wtorek, 5 sierpnia 2014
pesymistycznie
Nie wiem co się ze mną dzieje…od wczoraj nie dość, że czuję
się kiepsko fizycznie, to jeszcze dziś od rana również psychicznie…Mąż mnie
wczoraj wkurzył i chyba dlatego…
Wieczorem miałam umówioną wizytę u dentysty. Pojechałam z
siostrą, bo ona była umówiona w tym samym miejscu. Mąż został z dzieckiem na 2
godziny…
Oczywiście dziecko jak się zorientowało, że nie ma mamy, to
był wielki płacz.
Wróciłam – siedzą obaj i oglądają bajki. Żaden nic nie mówi.
O ile temu młodszemu mogą wybaczyć, o tyle mąż mógłby przynajmniej zapytać, co
mi ten dentysta zrobił, boli czy nie i generalnie – jak się czujesz..
Rzecz jasna żadne z pytań nie padło. Wręcz przeciwnie –
milczenie. Młody jak do niego dotarło, że mama już jest, od razu zażyczył sobie
baję, więc leżeliśmy na łóżku, czytaliśmy, przytulaliśmy się. Mąż nadal
milczał. No prawie, bo słychać było klikanie w myszkę – grał na komputerze.
Czym wkurzył mnie jeszcze bardziej, ale nie miałam ochoty i siły na dyskusje.
Dziecko zasnęło, ja się wykąpałam, mąż nadal grał.
Wybalsamowałam się, pomalowałam paznokcie, ogarnęłam zabawki porozrzucane po
całym pokoju, pościeliłam łóżko, mąż nadal grał.
A jeszcze w dzień zapowiadał się taki miły wieczór…tylko ja
nie mam siły czekać aż łaskawie mąż zechce pójść się szybko wykąpać i przyjść
do łóżka…nie będę się już upominać….bo potem słucham, że marudzę, zrzędzę itp. więc
teraz pewnie będę słuchać, że znowu zasnęłam (sorry – że wolałam iść spać)….a
że on wolał grać- cytuję „przesadzasz”…
Dziś od rana z nim nie rozmawiałam. Zapowiadający się miło
wczorajszy wieczór spędziliśmy w sumie tak jak większość ostatnich wieczorów…
Chyba u nas pojawia się ten sam problem co u Marty….niby się
nie kłócimy, niby nie jest źle, ale jednak coś nie gra…
Mąż pracuje ostatnio przy budowie naszego domu. Domyślam
się, że jest zmęczony po 12 godzinach harówki, ale mam wrażenie, że chciałby
żebym go podziwiała, wszystko podawała, usługiwała, a on po prostu siądzie i
zapomni, że ma żonę i dziecko… Jak ja bywam zmęczona całodziennymi porządkami w
domu np. przed świętami, to usłyszałabym tylko „ to po co sprzątasz”… Jak
biegam całą sobotę, bo trzeba ogarnąć dom (w tygodniu nie mam na to czasu, wracam
z pracy o 19), zrobić obiad, wyprać, wyprasować i zająć się Młodym, to ja nie
mam prawa być zmęczona.
No i wczoraj jeszcze musiał zostać z wyjącym za matką
dzieckiem…jak ja mogłam mu to zrobić.
Ale ja mu kiedyś pokażę co to znaczy siedzieć z dzieckiem cały dzień w domu. Zostawię mu Młodego jak już będziemy sami mieszkać, bo teraz to by się wyręczył dziadkiem. I przyjdę wieczorem mówiąc - co jest na kolację?? wyprasowałeś mi bluzkę? a spodnie wyprane?
................
wtorek, 22 lipca 2014
Bunt na pokładzie, obsesje???
Bunt na pokładzie czyli jak znieść zachowania małego złośnika. Wiadomo- jak każdy, tak i nasze maluszki miewają gorsze dni. Najczęściej niestety w tym samym momencie, kiedy my akurat też jesteśmy zmęczone, niewyspane, mamy okres albo mąż nas wkurzy. Co to oznacza- że pokłady cierpliwości do naszych pociech są na tyle małe, że łatwo nas wyprowadzić z równowagi. Patrząc na mojego syna, to przykładów powodów do wytrącenia mnie z równowagi mogłabym wymienić nieskończenie wiele. Jak więc sobie z tym radzić? W internecie porad jest mnóstwo, ale wiadomo – każde dziecko jest inne i na każde dziecko będzie działała inna metoda.
U mnie chyba najlepiej sprawdza się po prostu niezwracanie i/lub
odwracanie uwagi, a w przypadku wielkiego focha krótkie zdanie „jak ci
przejdzie złość to przyjdź”:)
oczywiście – tłumaczę Młodemu, że nie wolno się złościć, bić, krzyczeć, bo to
do niczego nie prowadzi, tak się nie robi, bo mamę boli jak bijesz itp. itd.
ale od niespełna 21-miesięcznego dziecka nie oczekiwałabym cudów. Rozmowy,
tłumaczenia, podawanie przykładów dobrych zachowań są jak najbardziej wskazane
i na pewno bardziej skuteczne od krzyków.
Miejmy nadzieję, że gorzej nie będzie.
Oczywiście poza wszystkim i tak kocham swoje dziecko:) na szczęście tych
pogodnych dni jest więcej, niż tych gorszych. Ogólnie Kuba jest pogodnym
dzieckiem i najcudowniejszym przytulaskiem na świecie:)
Za każdym razem jak mówię mu patrząc prosto w oczy „Kuba,
kocham Cię” to tak cudnie się uśmiecha.
Wchodzimy w etap „ja siam”, co najlepiej widać podczas
jedzenia, kiedy nie ma mowy, żebym go karmiła. Kuba bierze łyżeczkę i krzyczy „siam”.
Niestety ostatnio z jedzeniem coraz gorzej, ale trwa to od kilku dni i chyba przez
zęby, bo Kuba pcha do buzi całe rączki.
Największe postępy mamy oczywiście w gadaniu. Teraz już
ciężko mi wymienić wszystkie słówka, które zna i powtarza, więc napiszę tylko,
że od wczoraj mówi : oć = chodź, jeście = jeszcze, misio = miś, pszczoła =
sioła, kame = kamień, sioń = słoń.
Ładnie potrafi już odmieniać – np. dziadzia, dziadzio,
dziadziu; mama, mami; tata, tati; baba, babi; ziaba, ziaby, ziabu . Składa
wyrazy w zdania, np. jem ziupę, daj monio, daj am, daj buzi, mama/tata oć. Mówi
mój monio, moje buti (buty). Wie jak ma na imię, zna niektóre części ciała,
odgłosy zwierząt i różnych urządzeń. No i na tapecie ostatnio duziiiii,
duzioooooo, maiii (mały).
Jednym słowem – słodziak z niego przecudowny, a i urwis
wcale nie gorszy:)
Obsesje czyli jak się tego pozbyć. Obsesja nr 1 to u mnie od
zawsze wygląd i figura. Poza tym, że od dawna zmagam się z trądzikiem i mam na
tym punkcie straszne kompleksy, to gorsza jest obsesja na punkcie figury =
wielki tyłek, grube uda, brak biustu. Wszystko byłoby dobrze, gdybym jeszcze
miała czas zadbać o te figurę…mieszkam na małej wsi, więc do klubu fitness
daleko. Do pracy dojeżdżam codziennie do Warszawy ok. 2 godziny w jedną stronę.
Wracam na 19 i mam do ogarnięcia dom i dziecko. O 21 naprawdę nie mam już na
nic siły. Łatwiej utrzymać dietę (a raczej zdrowy sposób odżywania), chociaż z
tym też różnie bywa.
Najlepiej wychodzi mi narzekanie z tego wszystkiego. Chyba
chciałabym być za bardzo idealna…za często porównuję się z koleżankami, które
uważam za ładniejsze, zgrabniejsze, mądrzejsze, fajniejsze…Jak odbudować w
sobie poczucie wartości?
Obsesja nr 2 o której już kiedyś wspominałam – sprzątanie.
Czasami aż sama na siebie się wkurzam, bo muszę mieć w domu wszystko na błysk….jeden
mały okruszek na podłodze potrafi mnie wkurzyć..
Niestety mieszkam na wsi z teściami starszego pokolenia, dla
których porządek w domu nie jest aż tak ważny (nie mogę powiedzieć, że są
brudasami, bo tak nie jest, ale dbanie o utrzymanie przynajmniej podłóg w jako
takiej czystości nie jest ich ulubionym zajęciem). Po prostu jest im wszystko
jedno w przeciwieństwie do mnie. Ktoś by pomyślał – fajnie, bo ja nie znoszę
sprzątać, ale fajnie jest w granicach normy. A u mnie to już powoli zaczyna
wkraczać na etap obsesji, co mnie z jednej strony wkurza, a z drugiej przeraża…za
chwilę nic innego nie będę robić oprócz odkurzania i zmywania podłóg…
Ale jak się nie denerwować jak zwykłe zrobienie herbaty przez
teściową, to pełno wody i rozsypanego cukru na blacie kuchennym…jakby nie dało
się wsypać tego cukru bez rozsypywania…oczywiście nikomu to nie przeszkadza i
zawsze sprzątnięcie tego syfu należy do mnie…
Potrafię zamiatać po kilka razy dziennie jak jestem w domu ….
Najgorzej jak przyjeżdża dalsza część rodziny z 2 dzieci – zupełnie nienauczonych
sprzątania po sobie…nie lubię jak przyjeżdżają właśnie dlatego, że robią pełno
bałaganu….z drugiej strony przecież da się żyć jak podłoga nie będzie codziennie
błyszczała…tylko co zrobić, żeby mi to nie przeszkadzało???
Może któraś z Was ma na to sposób? Zaczynam się obawiać, że
jestem uzależniona
poniedziałek, 2 czerwca 2014
Dzień Dziecka po raz drugi
To był drugi Dzień Dziecka Kubusia. Rok temu był jednak
niespełna 7-miesięcznym Maluszkiem, więc nie pamięta niczego. W tym roku mama i
tata sprawili kilka drobiazgów, przyjechała też ciocia, babcia, wujek –
oczywiście z prezentem:)
My kupiliśmy Kubie:
1- Drewniane puzzle ze zwierzętami – nie mogłam
znaleźć konkretnie tych, które kupiliśmy, ale są na zasadzie tych ze zdjęcia
poniżej:
- Książeczki z opowieściami o samochodach (Dzielny
wóz strażacki, Mały ambulans, Szybki radiowóz)
- Moje pierwsze flamastry Crayola w zestawie z
blokiem rysunkowym rozmiar A3
Oczywiście pobudka tego dnia przed 6 rano- jakby
wyczuł, że czekają na niego prezenty;) Cały dzień spędziliśmy razem – we trójkę.
Spacerowaliśmy mimo że było strasznie zimno, wcinaliśmy babeczki z budyniem,
które zrobiłam w sobotę i bawiliśmy się jak zawsze. Chcieliśmy na maksa
wykorzystać ten dzień i spędzić go tylko z Kubusiem. I to się udało:)
Wizyta gości jeszcze bardziej go ucieszyła, bo
wszystkich po kolei brał za rękę i prowadził, żeby się z nim bawić- najpierw
babcia, potem wujek, na końcu ciocia i potem od nowa:)
A w co teraz najbardziej lubi bawić się mój 1,5 roczny
syn?
Samochody! To jest jego największa miłość. Wszystkie
kupuje mu tata, więc jeździ nimi gdzie tylko się da i powtarza tata, tata (czyt. ten samochód dał mi
tata).
Od wczoraj miłość numer 2 to piankowe puzzle, które
dostał od babci i cioci. Najlepiej wychodzi mi wyciskanie i ponowne wciskanie
wszystkich kształtów, które są okrągłe. Pozostałe jak nie chcą się wpasować w puste
miejsce niepotrzebnie wywołują złość:)
Brak cierpliwości ma chyba po nas obojgu w genach:)
Poza tym trudno mi wymienić wszystkie umiejętności
Kubusia, bo z każdym dniem potrafi zrobić coś nowego. Praktycznie codziennie
pojawiają się nowe słówka. Te, które pamiętam z ostatnich kilku dni, to ziuzia
(czyt. Zuzia), ziosia (czyt. Zosia), dzidzia, ciocia ań (czyt. ciocia Ania),
jaki, ciapa (czyt. czapka), ziaba (czyt. żaba), siu siu i wiele innych, które
ciężko zapamiętać.
Nie mogę się nadziwić, jaki jest już komunikatywny.
Potrafi pokazać co chce (np. bierze za rękę i prowadzi tam, gdzie chce pójść),
przytula się i daje buziaki, robi przecudaczne miny, tańczy kręcąc się w kółko
i „wkręca żaróweczki” (kręci dłońmi tak, jakby wkręcał żarówkę:)), uwielbia jeździć w
wózku, na podwórku najczęściej zbiera wszystkie kamienie jakie napotka na
swojej drodze, piaskownica nie za bardzo go aktualnie interesuje, ale już
siedzenie w samochodzie i wciskanie guziczków jak najbardziej tak.
Oczywiście uwielbia się kąpać i na „idziemy się myć”
woła po swojemu „muma” i stoi przed łazienką, albo przychodzi do mnie i
pokazuje po kolei na ubrania, żeby go rozebrać. Jak idziemy na dwór to krzyczy „ciapa”,
przynosi czapkę i nachyla główkę, żeby mu ją założyć:)
Jak pytam wieczorem, co robi przez cały dzień to
opowiada dziadzia pan (czyt. u
dziadka był gość), ciocia doń (czyt. była
u mnie ciocia i poszła do domu), dziadzia
brum brum, dziadzia tiut (czyt. dziadek
jeździł traktorem), dziadzia ziaba (czyt.
byłem z dziadkiem u żabek), dede (czyt.
bujałem się na huśtawce).
Na smoczka woła albo mam, albo monia, a w
sklepie na widok Kinder niespodzianki ostatnio krzyczał jaja:)
Mogłabym tak pisać, i pisać, więc wspomnę jeszcze
tylko o flamastrach, które kupiliśmy. Faktycznie zmywają się wodą i mydłem ze
skóry, a czy tak samo jest w przypadku ubrań okaże się dziś -> wyprałam rano
piżamę, która po wczorajszym poranku była cała pomazana:)
Drewniane puzzle rewelacja – mamy ze zwierzętami
afrykańskimi więc Kuba ma radochę jak widzi papugę, słonia, zebrę, małpę,
krokodyla, węża i lwa. Wczoraj wieczorem jak usypiał (ma w zwyczaju pogadać tuż przed zaśnięciem)
to powtarzał po kolei odgłosy ałe ałe (papuga), u u u (małpa), łrrra (lew) i
ssssssss (wąż).
Jak tylko zrobi się cieplej na dłużej, to wprowadzamy
w życie akcję „Stop pampersom” i będziemy próbować uczyć Kubę robienia na
nocnik. Póki co wszystko wskazuje na to, że możemy do tej nauki przystąpić. Czytałam,
że jak dziecko pokazuje że zrobiło siusiu albo kupę (Kuba klepie się po
pampersie) i chowa się w trakcie załatwiania potrzeby, to jest już gotowe.
Wieści z akcji i rezultaty na pewno zostaną tutaj
opisane.
To chyba tyle na dziś. Życzę Wam miłego popołudnia i
dla poprawy nastroju częstuję wirtualną babeczką z budyniem:)
Ps. Te wyglądają jak moje sobotnie! Pychotka!
Subskrybuj:
Posty (Atom)