Bunt na pokładzie czyli jak znieść zachowania małego złośnika. Wiadomo- jak każdy, tak i nasze maluszki miewają gorsze dni. Najczęściej niestety w tym samym momencie, kiedy my akurat też jesteśmy zmęczone, niewyspane, mamy okres albo mąż nas wkurzy. Co to oznacza- że pokłady cierpliwości do naszych pociech są na tyle małe, że łatwo nas wyprowadzić z równowagi. Patrząc na mojego syna, to przykładów powodów do wytrącenia mnie z równowagi mogłabym wymienić nieskończenie wiele. Jak więc sobie z tym radzić? W internecie porad jest mnóstwo, ale wiadomo – każde dziecko jest inne i na każde dziecko będzie działała inna metoda.
U mnie chyba najlepiej sprawdza się po prostu niezwracanie i/lub
odwracanie uwagi, a w przypadku wielkiego focha krótkie zdanie „jak ci
przejdzie złość to przyjdź”:)
oczywiście – tłumaczę Młodemu, że nie wolno się złościć, bić, krzyczeć, bo to
do niczego nie prowadzi, tak się nie robi, bo mamę boli jak bijesz itp. itd.
ale od niespełna 21-miesięcznego dziecka nie oczekiwałabym cudów. Rozmowy,
tłumaczenia, podawanie przykładów dobrych zachowań są jak najbardziej wskazane
i na pewno bardziej skuteczne od krzyków.
Miejmy nadzieję, że gorzej nie będzie.
Oczywiście poza wszystkim i tak kocham swoje dziecko:) na szczęście tych
pogodnych dni jest więcej, niż tych gorszych. Ogólnie Kuba jest pogodnym
dzieckiem i najcudowniejszym przytulaskiem na świecie:)
Za każdym razem jak mówię mu patrząc prosto w oczy „Kuba,
kocham Cię” to tak cudnie się uśmiecha.
Wchodzimy w etap „ja siam”, co najlepiej widać podczas
jedzenia, kiedy nie ma mowy, żebym go karmiła. Kuba bierze łyżeczkę i krzyczy „siam”.
Niestety ostatnio z jedzeniem coraz gorzej, ale trwa to od kilku dni i chyba przez
zęby, bo Kuba pcha do buzi całe rączki.
Największe postępy mamy oczywiście w gadaniu. Teraz już
ciężko mi wymienić wszystkie słówka, które zna i powtarza, więc napiszę tylko,
że od wczoraj mówi : oć = chodź, jeście = jeszcze, misio = miś, pszczoła =
sioła, kame = kamień, sioń = słoń.
Ładnie potrafi już odmieniać – np. dziadzia, dziadzio,
dziadziu; mama, mami; tata, tati; baba, babi; ziaba, ziaby, ziabu . Składa
wyrazy w zdania, np. jem ziupę, daj monio, daj am, daj buzi, mama/tata oć. Mówi
mój monio, moje buti (buty). Wie jak ma na imię, zna niektóre części ciała,
odgłosy zwierząt i różnych urządzeń. No i na tapecie ostatnio duziiiii,
duzioooooo, maiii (mały).
Jednym słowem – słodziak z niego przecudowny, a i urwis
wcale nie gorszy:)
Obsesje czyli jak się tego pozbyć. Obsesja nr 1 to u mnie od
zawsze wygląd i figura. Poza tym, że od dawna zmagam się z trądzikiem i mam na
tym punkcie straszne kompleksy, to gorsza jest obsesja na punkcie figury =
wielki tyłek, grube uda, brak biustu. Wszystko byłoby dobrze, gdybym jeszcze
miała czas zadbać o te figurę…mieszkam na małej wsi, więc do klubu fitness
daleko. Do pracy dojeżdżam codziennie do Warszawy ok. 2 godziny w jedną stronę.
Wracam na 19 i mam do ogarnięcia dom i dziecko. O 21 naprawdę nie mam już na
nic siły. Łatwiej utrzymać dietę (a raczej zdrowy sposób odżywania), chociaż z
tym też różnie bywa.
Najlepiej wychodzi mi narzekanie z tego wszystkiego. Chyba
chciałabym być za bardzo idealna…za często porównuję się z koleżankami, które
uważam za ładniejsze, zgrabniejsze, mądrzejsze, fajniejsze…Jak odbudować w
sobie poczucie wartości?
Obsesja nr 2 o której już kiedyś wspominałam – sprzątanie.
Czasami aż sama na siebie się wkurzam, bo muszę mieć w domu wszystko na błysk….jeden
mały okruszek na podłodze potrafi mnie wkurzyć..
Niestety mieszkam na wsi z teściami starszego pokolenia, dla
których porządek w domu nie jest aż tak ważny (nie mogę powiedzieć, że są
brudasami, bo tak nie jest, ale dbanie o utrzymanie przynajmniej podłóg w jako
takiej czystości nie jest ich ulubionym zajęciem). Po prostu jest im wszystko
jedno w przeciwieństwie do mnie. Ktoś by pomyślał – fajnie, bo ja nie znoszę
sprzątać, ale fajnie jest w granicach normy. A u mnie to już powoli zaczyna
wkraczać na etap obsesji, co mnie z jednej strony wkurza, a z drugiej przeraża…za
chwilę nic innego nie będę robić oprócz odkurzania i zmywania podłóg…
Ale jak się nie denerwować jak zwykłe zrobienie herbaty przez
teściową, to pełno wody i rozsypanego cukru na blacie kuchennym…jakby nie dało
się wsypać tego cukru bez rozsypywania…oczywiście nikomu to nie przeszkadza i
zawsze sprzątnięcie tego syfu należy do mnie…
Potrafię zamiatać po kilka razy dziennie jak jestem w domu ….
Najgorzej jak przyjeżdża dalsza część rodziny z 2 dzieci – zupełnie nienauczonych
sprzątania po sobie…nie lubię jak przyjeżdżają właśnie dlatego, że robią pełno
bałaganu….z drugiej strony przecież da się żyć jak podłoga nie będzie codziennie
błyszczała…tylko co zrobić, żeby mi to nie przeszkadzało???
Może któraś z Was ma na to sposób? Zaczynam się obawiać, że
jestem uzależniona
Eh, bunt... Skąd ja to znam :) I ta obsesja na temat figury... Też jakaś znajoma :) I też mi nie pomaga to, że mieszkam na obrzeżach, bo do takiego klubu też kawał drogi. No i z kimś byłoby mi raźniej. A tak, myślę sobie, że ja- bez kondycji, ducha tam wyzionę i nawet nie będę miała się do kogo odezwać.
OdpowiedzUsuńCo do sprzątania- nic Ci nie poradzę niestety. Możesz próbować walczyć sama ze sobą. Ja może takiej obsesji nie mam, ale ostatnio coraz bardziej lubię porządek i coraz bardziej wkurza mnie, że poza mną, nikomu w domu nie przeszkadza bałagan. To jest chyba w tym wszystkim najbardziej dołujące.
No właśnie myślę, że gdyby inni u mnie w domu też chociaż trochę się starali, to byłoby zupełnie inaczej. poczytałam trochę i okazuje się, że do manii sprzątania/czystości już mi całkiem blisko, ale jeszcze jest dla mnie ratunek:)
Usuńmyślę, że jak będę na swoim, to będzie inaczej, bo będę dbać o porządek na co dzień i wtedy będzie łatwiej utrzymać czystość.
a co do figury, to zauważyłam, że im mniej myślę o niej i im mniej się skupiam, tym łatwiej jest mi żyć:) także po prostu trzeba trochę odpuścić i w pierwszej i drugiej sprawie. może jakoś uda się nie doprowadzić do najgorszego..